[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Wprowadz to do skrzynki - powiedział.Harry zachował wiadomość na koncie iranmetalworks Poszła,choć nie byli pewni dokąd.13.TEHERANMahmud Azadi wiercił się nerwowo na tylnym siedzeniu taksówkijadącej na północ zakorkowaną o tej porze drogą ekspresową Korde-stan, szeroką i wietrzną jak w Los Angeles, mieście, które Teherannaśladował w sekretnych marzeniach.Gdy taksówka dotarła do aleiVal� Asr, ruch zwolnił prawie do zera.Kierowca spytał pasażera, najaką muzykę ma ochotę: perską czy turecką.Azadiemu było wszyst-ko jedno.Taksówkarz zabrał kolejnego pasażera, kobietę.Azadiprzesiadł się na przód, zgodnie z przepisami, żeby nie siedzieć kołoniej.Myślami przebywał gdzie indziej.Nienawidził spotykać się zBrytyjczykami w Teheranie.Nie powinni mu tego robić.Mieli za-czekać i porozmawiać z nim w Katarze albo w Dubaju.Mieli korzy-stać z tego tajemniczego urządzenia komunikacyjnego, które zosta-wili mu w krzakach w parku Lavizan wiele miesięcy temu.KiedyAzadi otrzymał wczoraj wiadomość wzywającą go na spotkanie, zestrachu rozbolał go brzuch.Bał się nawet zwymiotować, przekona-ny, że to zdradzi jego tajną działalność.Wrześniowy smog osiadł nad miastem jak trująca chmura.Przeztę mgłę Azadi nie widział nawet gór Elburs, a przecież znajdowałysię zaledwie kilka mil stąd.Dorastał w ich sąsiedztwie, urodził siępod koniec barwnej ery szacha.Miał szczęście, że jego ojciec byłreligijnym człowiekiem i miał na bazarze właściwych przyjaciół,125inaczej rodzina zostałaby zniszczona i teraz on prowadziłby tę tak-sówkę, zamiast nią jechać.Korek na Vali Asr był okropny.Na każdym rogu samochody wy-jeżdżające z prawej wpychały się na pas, tamując ruch.Ludzie go-towi byli umrzeć za odrobinę miejsca na samochód.W Holandii,gdzie Azadi studiował, było inaczej. Zwieć na nas, słońce sprawie-dliwości , brzmiało motto uniwersytetu w Utrechcie.Ludzie stali wkolejkach.Zatrzymywali się na światłach.Nic nie zagrażało godno-ści mężczyzny, kiedy wkraczał na przejście dla pieszych.Azadi wysiadł na rogu Vali Asr i bulwaru Satari.Kierowca po-wiedział, że nie chce pieniędzy za taką krótką trasę, ale oczywiścienie mówił serio.Azadi dał mu pięć tomanów, za dużo, ale był zde-nerwowany.Mieszkanie kontaktowe znajdowało się dwie przecznicena północ stąd, przy ulicy Foroozan.Szedł powoli, oglądając wysta-wy, tak jak kazał mu Anglik.Idący za nim mężczyzna w ciemnychokularach poruszał się równie wolno.Dlaczego? Znów zrobiło musię niedobrze, tak bardzo, że omal nie zwymiotował.Mężczyzna wokularach przeciwsłonecznych minął go, ale zatrzymał się na roguulicy Foroozan i zaczął czytać gazetę.Nikt tak nie robi, więc Azadiwpadł w panikę.Chciał uciekać, najlepiej od razu do Holandii.Cu-dzoziemcy to diabły i zrobili diabła także z niego.Pomachał na pustą taksówkę.Z otwartego okna dobiegał głosamerykańskiej piosenkarki country.Rozpoznał ten głos: SherylCrow.Miał piracką kopię jednej z jej płyt.Młody taksówkarz zapy-tał Azadiego, czy przeszkadza mu muzyka, a gdy ten nie odpowie-dział, zostawił ją.Był odważny, a może tylko głupi.Mimo to Azadipoczuł się trochę pewniej.Dlaczego tak się bał? Może tylko wyobra-ził sobie, że go śledzą?126Powiedział kierowcy, że chce jechać do ambasady nigeryjskiejprzy ulicy Naseri.Minęli w żółwim tempie dwie przecznice, takblisko innych samochodów, że karoserie prawie się ze sobą stykały.Potem skręcili w prawo.Azadi patrzył na dachy budynków.Nawiększości widać było talerze anten satelitarnych, wysysające słod-kie sygnały pirackiej telewizji z Los Angeles, Toronto i Dubaju.Oficjalnie to było nielegalne, ale zakazy zwykle nie skutkowały.Kiedy władze postanowią zrobić z tym porządek, w gazetach pojawisię niewielki artykuł, a ludzie przeniosą talerze z brzegów dachów naich środek, żeby były niewidoczne z ulicy.Kilka anten zostanieskonfiskowanych przez policję, a potem sprzedanych na czarnymrynku.Za parę tygodni wszystko wróci do normy.Władze nie stracątwarzy.Ludzie nie stracą twarzy.Rytuał zostanie zachowany.Azadi niemal się odprężył.Taksówka skręciła w bulwar Afriqa ikilka chwil pózniej znalezli się przy ambasadzie nigeryjskiej.Azadiznał ją, bo przed wyjazdem do Holandii pracował tam jako tłumacz.Oczywiście donosił o wszystkim Ministerstwu Wywiadu - choćNigeryjczycy nie mieli żadnych ważnych sekretów do wykradzenia -i dzięki temu dostał pozwolenie na wyjazd za granicę.Dał kierowcykilka tomanów i ruszył na południe z powrotem ku ulicy Foroozan,zbliżając się do budynku od drugiej strony.Teraz się nie bał.Tu ichnie było.Nic o nim nie wiedzieli.Anglicy są przebiegli i podli, wie-dział o tym każdy Irańczyk, ale są również bystrzy.Jak może mu cośgrozić, skoro znajdował się w rękach Małego Szatana?" " "Azadi wszedł do nowoczesnego bloku.Obok stał identyczny, alejeszcze nieukończony.W tej części miasta wszystko teraz przebu-dowywano.Irańczycy mieszkający za granicą przysyłali swoimkrewnym pieniądze na kupno mieszkań.Mieszkania traktowano jako127dobrą inwestycję, więc niektóre stały puste.Anglicy musieli o tymwiedzieć, skoro załatwili sobie to mieszkanie kontaktowe.Znalezliirańskiego biznesmena w Genewie czy Frankfurcie, kazali mu zała-twić formalności i przesłać pieniądze na wskazany rachunek banko-wy w Dubaju.To był jeden z wielu gorących apartamentów ku-pionych półlegalnie jako inwestycja.Emigranci, przekonani, żemułłom nie zostało wiele czasu, spekulowali na rynku nieruchomo-ści.Nie obchodziła ich polityka.To był problem.Nigdy nie próbo-wali odebrać władzy ulicznikom z południowego Teheranu, którzyzasilali szeregi policji i Pasdaranu.Dobrzy ludzie są zawsze zbytsłabi.Azadi zadzwonił do drzwi na trzecim piętrze i czekał.Anglik, który mu otworzył, przedstawił się jako Simon Hughes,ale Azadi wiedział, że to fałszywe nazwisko.Po co robili sobie ażtyle zachodu? Równie dobrze mógł udawać, że nazywa się JohnBuli, Azadiemu było wszystko jedno.Miał rude włosy, wielkibrzuch i wielkie okulary, które zasłaniały oczy.To musiało byćprzebranie.Tak właśnie postępują szpiedzy.Zmieniają przebraniajak w filmach z Hollywood. Simon Hughes nie odzywał się, dopó-ki nie znalezli się w salonie i nie włączył radia.Zaczął od przypo-mnienia czasu następnego wyznaczonego spotkania: w Ad-Dauha zatrzy miesiące.Dlaczego nie trzymali się planu? Coś musiało pójśćzle.- Szukamy kogoś - powiedział Anglik.Był tuż po trzydziestce, niewiele starszy od Azadiego.Dobrzemówił po persku.Brytyjczycy potrafią takie rzeczy.Czy wszyscyludzie, którzy skończyli studia orientalistyczne w Oksfordzie i wLondynie, są szpiegami? Czy na tym polegał ich sekret?- Kogo szukacie? - spytał Azadi.- Możecie mi podać nazwi-sko?128- Nie - odparł Anglik.- Ale osoba, której szukamy, może szu-kać ciebie.Tak go rozpoznasz.Jego albo ją.Azadi poczuł niepokój.- Dlaczego będzie mnie szukać? Czy wie, kim jestem? - głoszaczął mu drżeć.- Nie, nie wie.Nie ma o tobie pojęcia.Ale okaże zainteresowa-nie twoją specjalnością.Będzie pytał o fizykę nuklearną, o promie-nie rentgenowskie.Tak się zorientujesz, kto to jest.Możliwe, żepracuje w Teherańskim Centrum Badań Nuklearnych.On albo ona.Możliwe, że jest naukowcem, jak ty.Jeśli dowiesz się o takim zapy-taniu, zapisz nazwisko i przyślij mi je jak najszybciej.A potem owszystkim zapomnij.Teraz Azadi był naprawdę przerażony.Jeśli ta osoba pracuje wTCBN, wkładał głowę w paszczę lwa [ Pobierz całość w formacie PDF ]
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl trzylatki.xlx.pl
.- Wprowadz to do skrzynki - powiedział.Harry zachował wiadomość na koncie iranmetalworks Poszła,choć nie byli pewni dokąd.13.TEHERANMahmud Azadi wiercił się nerwowo na tylnym siedzeniu taksówkijadącej na północ zakorkowaną o tej porze drogą ekspresową Korde-stan, szeroką i wietrzną jak w Los Angeles, mieście, które Teherannaśladował w sekretnych marzeniach.Gdy taksówka dotarła do aleiVal� Asr, ruch zwolnił prawie do zera.Kierowca spytał pasażera, najaką muzykę ma ochotę: perską czy turecką.Azadiemu było wszyst-ko jedno.Taksówkarz zabrał kolejnego pasażera, kobietę.Azadiprzesiadł się na przód, zgodnie z przepisami, żeby nie siedzieć kołoniej.Myślami przebywał gdzie indziej.Nienawidził spotykać się zBrytyjczykami w Teheranie.Nie powinni mu tego robić.Mieli za-czekać i porozmawiać z nim w Katarze albo w Dubaju.Mieli korzy-stać z tego tajemniczego urządzenia komunikacyjnego, które zosta-wili mu w krzakach w parku Lavizan wiele miesięcy temu.KiedyAzadi otrzymał wczoraj wiadomość wzywającą go na spotkanie, zestrachu rozbolał go brzuch.Bał się nawet zwymiotować, przekona-ny, że to zdradzi jego tajną działalność.Wrześniowy smog osiadł nad miastem jak trująca chmura.Przeztę mgłę Azadi nie widział nawet gór Elburs, a przecież znajdowałysię zaledwie kilka mil stąd.Dorastał w ich sąsiedztwie, urodził siępod koniec barwnej ery szacha.Miał szczęście, że jego ojciec byłreligijnym człowiekiem i miał na bazarze właściwych przyjaciół,125inaczej rodzina zostałaby zniszczona i teraz on prowadziłby tę tak-sówkę, zamiast nią jechać.Korek na Vali Asr był okropny.Na każdym rogu samochody wy-jeżdżające z prawej wpychały się na pas, tamując ruch.Ludzie go-towi byli umrzeć za odrobinę miejsca na samochód.W Holandii,gdzie Azadi studiował, było inaczej. Zwieć na nas, słońce sprawie-dliwości , brzmiało motto uniwersytetu w Utrechcie.Ludzie stali wkolejkach.Zatrzymywali się na światłach.Nic nie zagrażało godno-ści mężczyzny, kiedy wkraczał na przejście dla pieszych.Azadi wysiadł na rogu Vali Asr i bulwaru Satari.Kierowca po-wiedział, że nie chce pieniędzy za taką krótką trasę, ale oczywiścienie mówił serio.Azadi dał mu pięć tomanów, za dużo, ale był zde-nerwowany.Mieszkanie kontaktowe znajdowało się dwie przecznicena północ stąd, przy ulicy Foroozan.Szedł powoli, oglądając wysta-wy, tak jak kazał mu Anglik.Idący za nim mężczyzna w ciemnychokularach poruszał się równie wolno.Dlaczego? Znów zrobiło musię niedobrze, tak bardzo, że omal nie zwymiotował.Mężczyzna wokularach przeciwsłonecznych minął go, ale zatrzymał się na roguulicy Foroozan i zaczął czytać gazetę.Nikt tak nie robi, więc Azadiwpadł w panikę.Chciał uciekać, najlepiej od razu do Holandii.Cu-dzoziemcy to diabły i zrobili diabła także z niego.Pomachał na pustą taksówkę.Z otwartego okna dobiegał głosamerykańskiej piosenkarki country.Rozpoznał ten głos: SherylCrow.Miał piracką kopię jednej z jej płyt.Młody taksówkarz zapy-tał Azadiego, czy przeszkadza mu muzyka, a gdy ten nie odpowie-dział, zostawił ją.Był odważny, a może tylko głupi.Mimo to Azadipoczuł się trochę pewniej.Dlaczego tak się bał? Może tylko wyobra-ził sobie, że go śledzą?126Powiedział kierowcy, że chce jechać do ambasady nigeryjskiejprzy ulicy Naseri.Minęli w żółwim tempie dwie przecznice, takblisko innych samochodów, że karoserie prawie się ze sobą stykały.Potem skręcili w prawo.Azadi patrzył na dachy budynków.Nawiększości widać było talerze anten satelitarnych, wysysające słod-kie sygnały pirackiej telewizji z Los Angeles, Toronto i Dubaju.Oficjalnie to było nielegalne, ale zakazy zwykle nie skutkowały.Kiedy władze postanowią zrobić z tym porządek, w gazetach pojawisię niewielki artykuł, a ludzie przeniosą talerze z brzegów dachów naich środek, żeby były niewidoczne z ulicy.Kilka anten zostanieskonfiskowanych przez policję, a potem sprzedanych na czarnymrynku.Za parę tygodni wszystko wróci do normy.Władze nie stracątwarzy.Ludzie nie stracą twarzy.Rytuał zostanie zachowany.Azadi niemal się odprężył.Taksówka skręciła w bulwar Afriqa ikilka chwil pózniej znalezli się przy ambasadzie nigeryjskiej.Azadiznał ją, bo przed wyjazdem do Holandii pracował tam jako tłumacz.Oczywiście donosił o wszystkim Ministerstwu Wywiadu - choćNigeryjczycy nie mieli żadnych ważnych sekretów do wykradzenia -i dzięki temu dostał pozwolenie na wyjazd za granicę.Dał kierowcykilka tomanów i ruszył na południe z powrotem ku ulicy Foroozan,zbliżając się do budynku od drugiej strony.Teraz się nie bał.Tu ichnie było.Nic o nim nie wiedzieli.Anglicy są przebiegli i podli, wie-dział o tym każdy Irańczyk, ale są również bystrzy.Jak może mu cośgrozić, skoro znajdował się w rękach Małego Szatana?" " "Azadi wszedł do nowoczesnego bloku.Obok stał identyczny, alejeszcze nieukończony.W tej części miasta wszystko teraz przebu-dowywano.Irańczycy mieszkający za granicą przysyłali swoimkrewnym pieniądze na kupno mieszkań.Mieszkania traktowano jako127dobrą inwestycję, więc niektóre stały puste.Anglicy musieli o tymwiedzieć, skoro załatwili sobie to mieszkanie kontaktowe.Znalezliirańskiego biznesmena w Genewie czy Frankfurcie, kazali mu zała-twić formalności i przesłać pieniądze na wskazany rachunek banko-wy w Dubaju.To był jeden z wielu gorących apartamentów ku-pionych półlegalnie jako inwestycja.Emigranci, przekonani, żemułłom nie zostało wiele czasu, spekulowali na rynku nieruchomo-ści.Nie obchodziła ich polityka.To był problem.Nigdy nie próbo-wali odebrać władzy ulicznikom z południowego Teheranu, którzyzasilali szeregi policji i Pasdaranu.Dobrzy ludzie są zawsze zbytsłabi.Azadi zadzwonił do drzwi na trzecim piętrze i czekał.Anglik, który mu otworzył, przedstawił się jako Simon Hughes,ale Azadi wiedział, że to fałszywe nazwisko.Po co robili sobie ażtyle zachodu? Równie dobrze mógł udawać, że nazywa się JohnBuli, Azadiemu było wszystko jedno.Miał rude włosy, wielkibrzuch i wielkie okulary, które zasłaniały oczy.To musiało byćprzebranie.Tak właśnie postępują szpiedzy.Zmieniają przebraniajak w filmach z Hollywood. Simon Hughes nie odzywał się, dopó-ki nie znalezli się w salonie i nie włączył radia.Zaczął od przypo-mnienia czasu następnego wyznaczonego spotkania: w Ad-Dauha zatrzy miesiące.Dlaczego nie trzymali się planu? Coś musiało pójśćzle.- Szukamy kogoś - powiedział Anglik.Był tuż po trzydziestce, niewiele starszy od Azadiego.Dobrzemówił po persku.Brytyjczycy potrafią takie rzeczy.Czy wszyscyludzie, którzy skończyli studia orientalistyczne w Oksfordzie i wLondynie, są szpiegami? Czy na tym polegał ich sekret?- Kogo szukacie? - spytał Azadi.- Możecie mi podać nazwi-sko?128- Nie - odparł Anglik.- Ale osoba, której szukamy, może szu-kać ciebie.Tak go rozpoznasz.Jego albo ją.Azadi poczuł niepokój.- Dlaczego będzie mnie szukać? Czy wie, kim jestem? - głoszaczął mu drżeć.- Nie, nie wie.Nie ma o tobie pojęcia.Ale okaże zainteresowa-nie twoją specjalnością.Będzie pytał o fizykę nuklearną, o promie-nie rentgenowskie.Tak się zorientujesz, kto to jest.Możliwe, żepracuje w Teherańskim Centrum Badań Nuklearnych.On albo ona.Możliwe, że jest naukowcem, jak ty.Jeśli dowiesz się o takim zapy-taniu, zapisz nazwisko i przyślij mi je jak najszybciej.A potem owszystkim zapomnij.Teraz Azadi był naprawdę przerażony.Jeśli ta osoba pracuje wTCBN, wkładał głowę w paszczę lwa [ Pobierz całość w formacie PDF ]